U króla Biebrzy, z łosiem i orchideą
Na koniec to, co powinno być na początku. Istota Biebrzy, jej stała uroda w zmiennej postaci. A może lepiej, że na koniec - wracać będzie ochota. Stąd bierze się zabiebrzenie, choć i z każdego innego miejsca może dopaść, zawładnąć i zniewolić.
Wracamy do Osowca, a stamtąd skierujmy się w Carską Drogę. Dziwny to szlak, dziś nie byłoby ryzykantów do ułożenia drogi przez sam środek bagien. A carscy drogowcy w końcu XIX wieku stworzyli strategiczny szlak, sypiąc w błoto tony kamieni, piasku, pęczków faszyny i wbijając tysiące bali sosnowych. Droga służy do dziś, choć przepastne błota nie dają za wygraną.
Wjeżdżamy w sosnowy bór, gdzie grzybów bywa moc - pod Olszową Drogą szczególnie. Ten las jest przyjazny, choć zabłądzić też można i wyjść gdzieś w łąkach. Trzeba też uważać na łosie, bo te wielkie zwierzęta nie zwracają uwagi na człowieka i staną ci na drodze, blokując przejazd. Nie trąb, a tym bardziej nie wychodź z auta. Spłoszona klępa potrafi zaatakować. Waży nawet pół tony, więc konfrontacja z karoserią kończy się totalną demolką. Oby tylko... Lepiej spokojnie przeczekać, aż klępa odejdzie.
Szukajmy drogowskazu na Budy. Jest to, a w zasadzie była, wieś budników - puszczańskich ludzi wyrabiających dziegieć i wypalających węgiel drzewny. Wymarli, porzucili swoje chaty. Osiadł tam człowiek, który ćwierć wieku temu zajrzał nad Biebrzę i stał się pierwszym „zabiebrzonym”. Wrócił, zostawił antykwariat w Warszawie i wziął w posiadanie Budy. To Krzysztof Kawenczyński, zwany Królem Biebrzy. Nie samozwańczym, to się stało oczywiste, gdy do Krzysztofa zaczęli zjeżdżać artyści, a jego wiedza o mokradłach zaskoczyła nawet uczonych przyrodników. Król żyje w stworzonym przez siebie samego skansenie, a w nim nie ma miejsca dla innych sprzętów - tylko rzeźby, malowidła z Boginią Wiosny, antyki. Pustelnikowi towarzyszy tabun koników polskich, archaicznych krówek zapomnianej rasy, sfora psów i dwie... świnki wietnamskie. Wszystkie zwierzęta mają u Króla dożywocie. Krzysztof nie przepada za ludźmi, ale jest życzliwy - tak jak i Biebrza.
Tylko dwa kilometry dalej szukajmy na Carskiej Drodze tablicy z barwną nazwą Barwik. Najeżona korzeniami droga przez las zaprowadzi na mały parking, dalej idzie się już pieszo. Gdy skończy się bór, a potem kawałek olchowego lasu pokaże się szlak barwny wszystkimi odmianami wiosny, lata, jesieni i zimy. Prosta droga i łatwa. Tu należy zdementować wieści, że mokradła to błota po pas i wściekłe roje komarów. Kto chce znaleźć takie atrakcje - znajdzie, wystarczy zboczyć ze szlaku i zakosztować tłustej mazi - ale po co? Wystarczy zasłuchać się i zapatrzyć z platformy widokowej na Batalionową Łąkę. Łoś wystawi łeb z trzcin, a bataliony (herbowe ptaki BPN) tokują na wiosnę jak opętane miłosnymi porywami. Orlik przeleci nad głową, a łąka kwitnie. Ale jak kwitnie! Żółcie i czerwienie czerwcem grają, sierpień fioletami, a wrzesień wrzosami na grądzie podnieca. W połowie drogi wieża widokowa. I już lepiej nie pytajcie jak tam jest. Nie powiem... - sami musicie zobaczyć, niemal dotknąć nieba i milczeć. Dalej znów otwarta przestrzeń, pójść do Biebrzy można przez kałuże i mostek na rzeczce Kosódce. Daleko, za daleko, choć złudna perspektywa mówi, że wieża kościoła w Burzynie, po drugiej stronie rzeki, jest tuż za łanami trzcin. Rozkoszne miejsce na najbliższy kontakt z naturą, nic nie zakłóca doskonałej harmonii dzikiego świata. Ryzykantom można polecić inną drogę, wytyczoną tyczkami - prowadzi z Barwika, przez trzęsawiska do wsi Gugny. To około 4 godziny taplania się w błocie i oganiania się od gzów, komarów i wszelkiej innej gadziny. Też przeżycie, warte potwierdzenia tezy o dzikości Biebrzy.
Do Gugien prościej jest dojechać Carską, mijając lub zatrzymując się w Dworze Dobarz. Świetny żurek tam serwują, a i Król Biebrzy ma tam swój tron zamiejscowy. Gugny zaś, to miejsce storczykowe i kraina wędrujących cieni. W końcu maja i w czerwcu znajdziecie tu dzikie orchidee. To piegowata kukułka stoplamek, jeden z kilkunastu storczyków rosnących w tej dziczy. Dziwny kwiat, powinien przekwitnąć z końcem wiosny, a jego kwieciste grona można spotkać na zwyczajnych łąkach w lipcu - spotkaliśmy się tak w dalekim Jagłowie. Wytrwali znajdą obuwika pospolitego, innego storczyka, największego. Ta orchidea pojawia się i znika, nie ma jej tam, gdzie była rok wcześniej. Żółty bucik, jak ciżemka Bogini Biebrzy to jeszcze jedna tajemnica doliny. Pojedźmy dalej, na Groblę Honczarowską. Wytrwali muszą przejść jednak przez ok. 5 km drogi w zaroślach, ale warto. Cudne są kępy brzózek, jak dziwaczna tyraliera żołnierzy wpisana w opary widnokręgu.
Carska sama odsłoni biebrzańskie urokliwości na Bagnie Ławki. Tego nie da się nie zauważyć. To właściwa natura, niemal serce Biebrzy - niemal, bo odkrywcy czują jej tętno. Kwadrans, godzina w tym miejscu to zapas energii na tydzień. Spotkanie z niebem i ziemią, w samym środku mokradłowego stepu zostawia ślad trwały. Niby nic, jeszcze jedna wieża widokowa i troszkę dalej półkilometrowa kładka do platformy - barki w mokradła. Niby nic... Zobaczcie jednak sami, a wszystkie zmysły udowodnią czym jest zabiebrzenie. Poczekajcie do zachodu słońca, każe ono poszukać księżyca w wieczornej rosie. I jeszcze kawałek. Do wsi Laskowiec i Giełczyna. Wioseczki już prawie na skraju bagien i w samych widłach Biebrzy i Narwi. Żyją tu jeszcze potomkowie carskich zesłańców. Tu bowiem, w dziczy i na grądach znaleźli swoje miejsce wzięci w niewolę okrutną skazańcy carskich namiestników. Te bagna były oto Polską Syberią. To prawda! Jeszcze teraz ten dziwny świat bywa odcięty od reszty cywilizacji śnieżycami i powodziami. Ziemia marnie rodzi, pył to tylko ze szlamu rozlewisk. Niewielu już tu ludzi, mały drewniany kościółek w Laskowcu już omal nie został rozebrany, ale ostał się obok betonowej świątyni i stanowi piękny element zapomnianej cywilizacji ludzi z bagien. To jeszcze nic. Dwa kilometry dalej jest inny kościółek. Ten w Giełczynie też pewnie niebawem zostanie zamknięty, parafian tu zaledwie kilkudziesięciu. Modrzewiowy był dawniej i kryty trzciną. Spalony w wojennej pożodze i odbudowany, a wciąż w tym samym stylu. Tajemniczy i malowniczy jest w tym dziwnym tak samo tajemniczym świecie. Za dzwonnicę służy tu stary kasztanowiec, a trzej spiżowi bracia wrośli wręcz w konary drzewa i rzadko już wołają wiernych na msze. W tym kościółku bywała młodziutka Maria Skłodowska. Tak, nasza noblistka i jej rodzina w gościnę do właściciela majątku przyjeżdżali z Warszawy. Może tu Marysia znalazła coś, co promieniowało światłem nieziemskim... i kazało szukać energii w fizyce i chemii.
I już jest koniec wędrówki od źródła do ujścia. Biebrza staje się Narwią i w Strękowej Górze jeszcze jest jej zapach. I smak też. To wszystko, co zebrało się w 165 km doznań i ekscytacji smakuje jak miód z barci na Grzędach i ryba prosto z wody i płatki storczyka w rosie.
Energetyczna jest Biebrza. Dzieli się z każdym kto patrzy i widzi - słucha i słyszy - czuje, oddaje siebie w darze największym... Zabierzyłem się, bez reszty. Gdzieś tu jest takich postaci więcej. Szukajcie, są zawieszeni pomiędzy niebem i ziemią. A moje niebo? Moje niebo ma barwę zieleni...
Biebrza, maj 2010 Kazimierz Radzajewski










